Jak to jest, że mimo terapii i mimo ogromu pracy nad soba przez 99% czasu nie jestem w stanie wykrzesać z siebie większych emocji, a potem czytam coś w środku nocy, co sprawia, że przez całe ciało przechodzi mnie dreszcz, od żołądka do gardła. I zaczynam płakać. Chcę czegoś i panicznie się tego boję. Łkam w poduszkę i jednocześnie sama na siebie patrzę z boku, zimna i zdystansowana.
To jest trzecia wersja tej krótkiej, nic nie znaczącej (to się pisze razem czy osobno?) notki, a i tak nie mogę się powstrzymać przed autocenzurą.
Muszę sobie wciąż przypominać, że życie nie przypomina fabuły filmowej. Nie ma harmonii, nie ma kulminacji. Nic nie przydarza się tylko dlatego, że na to zasłużyłam.
Ale może jeśli będę tego chciała wystarczająco mocno?
(czytałam dość durnego fanfika, wspaniale napisany romans pomiędzy dwoma znerwicowanymi mężczyznami, którzy chcą być razem mimo wszystkich swoich skumulowanych lęków i złych doświadczeń)